Fatalne skutki grillowania

20 Sty , 2019 Błąd Lekarski

Fatalne skutki grillowania

Lekarze tak ratowali poparzone dziecko, że omal go nie udusili.

Bartek miał wtedy 14 lat. W czasie wakacji z kolegami rozpalał grilla. Chcieli zrobić kiełbaski. Było to u niego w ogrodzie, rodzice znajdowali się w domu, a chłopcy we własnym gronie przystąpili do dzieła.

Chłopcy w tym wieku mają głupie pomysły i takim głupim pomysłem było rozpalenie grilla przy pomocy benzyny. Nastąpił wybuch, który poparzył Bartkowi całą twarz, szyję oraz ręce. Poparzenia były nawet trzeciego stopnia, czyli najmocniejsze. Dziecko zdołało poinformować matkę, że połknęło ogień. Matka chłopca, która jest profesjonalnym ratownikiem medycznym, natychmiast zawiozła synka do szpitala pediatrycznego, gdzie rozpoznano rozległe i ciężkie poparzenia. Matka mówiła: „Mój syn połknął ogień”. To oznaczało, że najprawdopodobniej poparzone ma również drogi oddechowe.

Chłopiec dostał morfinę, nawodniono go dożylnie, założono opatrunki. Leżał w szpitalu. Następnej nocy matka chłopca, która z nim była w szpitalu, zaalarmowała personel, iż dziecko charczy i rzęzi. Na nikim nie zrobiło to jednak większego wrażenia.

Na kolejny dzień zaplanowano zmianę opatrunków. Jest to zabieg bardzo bolesny. Chłopiec miał zostać poddany narkozie, by nie cierpiał. Aby podać narkozę, trzeba było pacjenta zaintubować. Podczas próby intubacji okazało się, że poparzone gardło chłopca, którym się nikt wcześniej nie zajął, jest już tak opuchnięte, że niedługo dziecko by się udusiło.

Po kilku próbach intubacja się powiodła, lecz mózg dziecka był już wówczas niedotleniony. Chłopiec nie potrafił się wybudzić z narkozy przez ponad dwa tygodnie. Przy każdej próbie wybudzenia dziecka dostawało ono ciężkich ataków padaczkowych, a przytomności i tak nie odzyskiwało.

Wreszcie po prawie trzech tygodniach od planowanego pierwotnie na kilkadziesiąt minut zabiegu chłopak odzyskał przytomność. Okazało się, że częściowo stracił pamięć. Miał kłopoty z koncentracją, był niestabilny emocjonalnie, miał napady agresji i powracające ataki padaczki.

Mimo że od tamtych zdarzeń upłynęło 7 lat, a chłopak stał się młodym mężczyzną, w dalszym ciągu utrzymuje się u niego padaczka z zaburzeniami polimorficznymi, zespół psychoorganiczny, zaburzenia pamięci świeżej. Ma również problemy z panowaniem nad swymi emocjami, często bez powodu wybucha gniewem, nie potrafi dostosować się do otoczenia. Jest inwalidą. Przy czym lekarze nie dają najmniejszych szans na jego całkowite wyzdrowienie.

Sprawa trafiła do sądu, który powołał biegłą. Ta stwierdziła, że leczenie było prawidłowe, gdyż widocznie przy przyjęciu chłopca do szpitala gardło nie było jeszcze opuchnięte. Biegła próbowała bronić lekarza twierdząc, że po pojawieniu się duszności i kłopotów z oddychaniem pacjentowi założono rurkę, przez którą mógł oddychać. Biegła zapomniała jednak o tym, że kłopoty z oddychaniem narastały przez półtorej doby, podczas których chłopak stopniowo był coraz bardziej niedotleniony. Biegła nie wspomniała również tego, o czym wie każdy student medycyny, że przy oparzeniach twarzy należy zakładać, że oparzone zostały również drogi oddechowe, którym obowiązkowo należy zapewnić drożność.

Gdzie, jak gdzie, ale na Śląsku tematyka oparzeń powinna być lekarzom szczególnie bliska. Niestety Bartek nie trafił do szpitala górniczego, czy specjalistycznej „oparzeniówki”  gdzie zapewnienie mu swobodnego oddychania byłoby oczywiste, lecz do szpitala pediatrycznego, którego personel nie potrafił lub nie chciał przewidzieć skutków poparzenia. A przecież i dziecko, i matka, zgłaszali, że Bartek „połknął ogień”. Niedbalstwo personelu szpitala jest wręcz niepojęte.

Na marginesie dodajmy, że cała reszta leczenia była do tego stopnia udana, że Bartek nie ma żadnych widocznych blizn na ciele. Niestety ma uszkodzony mózg. Przy czym uszkodzenie to nie jest wynikiem poparzeń, a zaniechań, do których doszło w pierwszych dwóch dniach jego pobytu w szpitalu.