Z pamiętnika Prawnika

8 Sie , 2017 Błąd Lekarski

Z pamiętnika Prawnika

Jedna z moich klientek na skutek błędu lekarza, aby przeżyć musiała pić własną żółć. Usłyszała od niego „niech Pani miesza z colą, to będzie Pani smakować”

Bezmyślni lekarze skazali starszą kobietę na miesiące okropnej udręki. W dodatku całkiem niepotrzebnej.

Pani Marysia jest przemiłą, 80-letnią, starszą panią. Trzy lata temu zaczęła mieć problemy z woreczkiem żółciowym. Lekarze postanowili, że trzeba ten woreczek usunąć. Tłumaczyli pani Marii, że jest to prosty, wręcz banalny zabieg.

Pani Marysia udała się do szpitala, gdzie miano go przeprowadzić. Lekarze zdecydowali się na metodę laparoskopową, tłumacząc, że jest to bezpieczny sposób wykonania operacji, co potwierdza wieloletnia praktyka wykonywania takich zabiegów. Niestety od każdej reguły są wyjątki. Jednym z takich wyjątków jest m.in. otyłość pacjenta i w takim przypadku należy rozważyć wykonanie operacji metodą klasyczną.

Pani Marysia była osobą o dość dużej tuszy. Mimo to lekarze zdecydowali się na zabieg laparoskopowy. Dopiero w trakcie zabiegu operujący lekarz stwierdził, że otyłość pacjentki znacznie utrudnia wykonanie zabiegu i zdecydował się na zmianę techniki z laparoskopowej na klasyczną. Po zabiegu pani Maria bardzo źle się czuła, jej skóra zaczęła żółknąć, więc już po tygodniu zdecydowano o przeprowadzeniu kolejnego zabiegu, tak zwanego zwiadowczego, celem ustalenia przyczyny dolegliwości.

W trakcie drugiego zabiegu okazało się, że podczas pierwszej operacji pacjentce przecięto obie drogi żółciowe. Przez to żółć, zamiast przedostawać się do jelit, wpływała wprost do jamy brzusznej. Stan taki zagrażał życiu pacjentki.

Niestety lekarze dużego szpitala najwidoczniej nie czuli się na siłach przeprowadzić tak zwany zabieg naprawczy, polegający na odtworzeniu ciągłości dróg żółciowych. Nie wpadło im również do głowy przekazanie pacjentki do specjalistycznej kliniki, gdzie takie zabiegi wykonuje się rutynowo. Co jednak najgorsze: lekarze nie poinformowali nawet p. Marysi o możliwości wykonania takiego zabiegu i przywrócenia w ten sposób normalnego funkcjonowania organizmu pacjentki Zamiast niego na uszkodzone przewody założyli dren, wyprowadzający żółć na zewnątrz, przez skórę, do specjalnego woreczka.

Aby prawidłowo funkcjonować i móc trawić spożywane pokarmy, pani Marysia musiała tę żółć pić. Około dwie, trzy szklanki dziennie. Stan taki trwał aż 8 miesięcy, podczas których nikt pacjentce nie tłumaczył, że może ona poddać się zabiegowi naprawczemu, który
przywróciłby prawidłowe działanie jej dróg żółciowych. Co gorsza, w ciągu tych 8 miesięcy kikuty uszkodzonych dróg żółciowych stopniowo się od siebie oddalały, czyniąc zabieg naprawczy coraz bardziej skomplikowanym i ryzykownym. W końcu z pomocą dzieci szukających odpowiednich informacji w Internecie pacjentka dowiedziała się o możliwości leczenia naprawczego i oddała się pod opiekę Kliniki w Katowicach, gdzie leczenie naprawcze – mimo niekorzystnej zwłoki – przeprowadzono sprawnie przywracając p. Marysi normalne życie. Gehenna chorej trwała aż 8 miesięcy i w tym czasie kilkukrotnie znajdowała się ona na skraju niewydolności wielonarządowej, a to za sprawą zakażeń, jakie wdawały się do organizmu pacjentki wzdłuż drenu. Przez cały ten czas p. Marysia chodziła na kontrole i ani razu nie usłyszała od lekarzy, że istnieje możliwość naprawienia ich błędu poprzez odtworzenie ciągłości jej dróg żółciowych. Jedyną odpowiedzią na jej skargi ( połykana zółć niszczyła jej przełyk i żołądek, co wywoływało nieznośny ból) była rada lekarza, aby pitą zółć… mieszała z colą, to wtedy będzie jej bardziej smakować (!)

W imieniu Pani Marysi zgłosiłem jej pretensje szpitalowi, lecz ten nie miał sobie nic do zarzucenia, a jednym z tłumaczeń powstałych komplikacji jest to, że pacjentka była otyła, a ludzi otyłych operuje się ciężej. Szpital przy tym nie wytłumaczył, dlaczego mimo widocznej otyłości kobiety, zdecydowano się na zabieg laparoskopowy, obarczony większym ryzykiem i zdecydowanie w takim przypadku niewskazany.

Sprawa trafiła, więc do sądu, gdzie kolejny popis dał jeden z biegłych sądowych, który wielomiesięczną męczarnie pacjentki nazwał dyskomfortem. Sąd jednak stanął na wysokości zadania, zasądzając p. Marysi znaczna sumę tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę.
Szpital próbował apelować, lecz biorący udział w sprawie ubezpieczyciel szpitala (PZU) uznał, że poszkodowanej należą się zasądzone kwoty i wypłacił je zgodnie z wyrokiem sądu I instancji

Coraz częściej bywa, że mające opinie bezdusznych towarzystwa ubezpieczeniowe wykazują większa empatię niż lekarze, którzy w tym przypadku aż do końca nie potrafili nawet przeprosić swojej ofiary.